foto1
foto1
foto1
foto1
foto1
Witamy na stronie Liceum Ogólnokształcącego im. mjra Henryka Sucharskiego w Sierpcu

Liceum Ogólnokształcące

im. mjra Henryka Sucharskiego w Sierpcu

Ostatni rocznik z tarczą

Szkołę podstawową przyszło mi kończyć u schyłku lat osiemdziesiątych. Doradców zawodowych jeszcze wtedy nie wymyślono, choć pytano nas, kim chcemy zostać. Wymyśliłam, że będę leśnikiem. Skąd mi się to wzięło, pojęcia nie mam. Za biologią specjalnie nie przepadałam, ale się uparłam. Chciałam iść na leśnika. Pamiętam, jak tata przekonywał mnie, że „naleśnika to on mi usmaży” i żebym dała sobie spokój. Nie chciałam posłuchać. Technikum w tym kierunku było
w Tucholi. Z mojego rocznika z województwa płockiego nie przyjmowano. Przyjęłam to do wiadomości i zaczęłam szukać innej odpowiedzi na pytanie, kim chcę zostać.

Zafascynowana Panem Samochodzikiem wybrałam sobie nowe zajęcie: kustosz muzeum. Gdy inni mówili: lekarz, nauczyciel, sprzedawca, ja konsekwentnie odpowiadałam: kustosz. Marzenie wymagało ukończenia studiów wyższych, żeby jednak się na nie dostać, trzeba było zdać maturę. W Sierpcu do wyboru były trzy szkoły średnie. Dwie uczyły konkretnego zawodu, jedna była dla marzycieli i tych, którzy wiedzieli, że ekonomista czy mechanik to nie ich droga.

I tak oto pewnego czerwcowego dnia, w białej bluzce, ciemnej spódnicy, z maskotką i długopisem w ręku, stanęłam przed drzwiami Liceum Ogólnokształcącego im. majora Henryka Sucharskiego
w Sierpcu. Wtedy jeszcze do szkoły średniej zdawało się egzaminy. Trzeba było napisać wypracowanie i rozwiązać trzy z pięciu zadań.

Na języku polskim dostaliśmy trzy tematy. Wybrałam najmniej chodliwy – o tym, jak wyobrażam sobie szkołę w przyszłości. W tamtym czasie zaczytywałam się „Dziewczynką z przyszłości” Kiryła Bułyczowa, więc specjalnych problemów nie miałam. Z matematyki pamiętam tylko, że zadania były łatwe. Rozwiązałam wszystkie pięć, w trzech myląc się niemiłosiernie w końcowych obliczeniach – dwa plus dwa potrafiło mi wyjść pięć.

Na wyniki czekałam bez paniki, choć śniło mi się, że zrobiłam cztery błędy ortograficzne albo że dwa idealne zadania i trzy prawie idealne to za mało, by dostać się do liceum. W sny jednak nie wierzyłam. Kiedy wywieszono listę przyjętych do klasy ogólnej z językiem niemieckim, znalazłam na niej swoje nazwisko.

Pierwszego dnia września 1988 roku pojawiłam się w progach szkoły. Zastanawiałam się tylko, czy powinnam wziąć buty na zmianę. Nie miałam pojęcia, jak to jest w takiej „dorosłej” szkole. Butów nie wzięłam. Nie wymagano.

A potem było normalnie. Przez jakieś dwa tygodnie.

Później zaczęły się schody. Chorowałam. Diabli wiedzą dlaczego. A może nawet oni nie. Wracałam do szkoły i znów lądowałam w domu z anginą, zapaleniem oskrzeli czy innym świństwem. Na półrocze okazało się, że niektórzy nauczyciele nie mają z czego wystawić mi ocen. Resztę roku spędziłam na długim zwolnieniu. Pierwszą klasę zaczęłam od nowa.

Wtedy już nie martwiłam się butami. Pilnowałam tylko, żeby nauczyciele mieli mi z czego wstawiać oceny. Gdyby ustanowiono nagrodę za niebywanie na lekcjach, pewnie dostawałabym ją co roku.

Klasa znów była ogólna z językiem niemieckim. Wychowawczynią została Barbara Białecka. Tylko ludzi nie znałam – z poprzedniej klasy większość chodziła ze mną do podstawówki, tu wszyscy byli obcy. Postanowiłam ich polubić. Całkiem bezinteresownie.

Byliśmy jednym z ostatnich roczników, który pamięta fartuszki i tarcze. Kiedy przyszliśmy do szkoły, okazało się, że trzeba mieć fartuszek. A jak komuś nie udało się zakupić owego czegoś, miał przechlapane. Do każdego swetra czy bluzki trzeba było mieć przyszytą tarczę. Rzepy były niedozwolone, agrafki i szpilki również. Nie wolno było przyszyć jej na dwie nitki. Sprawdzano, czy się trzyma – nie tylko przy bluzkach. Na kurtkach też. Każdy w mieście musiał wiedzieć, skąd jesteśmy.

Na początku czułam dumę. W końcu nikt już nie pomyślał, że nadal chodzę do podstawówki. Z czasem stało się to irytujące. A potem przyszła wolność. Pamiętam, z jaką radością defilowałam po szkole we flanelowej koszuli w czerwono-czarną kratę. Ach.

Kiedy człowiek chodzi do szkoły, wydaje mu się, że największym problemem są sprawdziany i kartkówki. Po latach nie pamiętam ani jednego pytania z klasówki. Pamiętam za to miesiąc uczciwej nauki biologii. Fascynowało mnie wtedy porównanie budowy organizmów od pierwotniaków po człowieka. Do dziś pamiętam, że płazy mają wspólny otwór dla układu pokarmowego, wydalniczego i rozrodczego o pięknej nazwie stek, ewentualnie – mniej poetycko – kloaka. Resztę biologii zwyczajnie sobie odpuściłam.

Pamiętam chemię. Kto jej z mojej klasy nie pamiętał? Był nawet dzień, kiedy mieliśmy pięć godzin chemii. To był rekord. Uczył nas Włodzimierz Smulski. Odpytywał z tabliczki mnożenia, żądał czytelnego pisma (niektórzy przez prawie całą pierwszą klasę prowadzili dodatkowe zeszyty do ćwiczenia charakteru pisma), uczył robienia notatek i rozwiązywania zadań. Nie brał jeńców. Uważał, że wszyscy mamy umieć chemię.

No i umiałam. Pięć lat po skończeniu szkoły przyszło do mnie jakieś nieletnie pacholę, żebym wytłumaczyła mu rozwiązać zadanie. Z pewnym zdziwieniem odkryłam, że nadal wiem, jak to zrobić, choć z chemią od dawna nie miałam nic wspólnego.

W drugiej klasie języka polskiego zaczęła nas uczyć młoda nauczycielka Marlena Peplinska. Zorganizowała koło polonistyczne. Na jednym z zajęć obejrzeliśmy „Milczenie owiec”. Hannibal Lecter nie śnił mi się po nocach, ale zostało mi marzenie o „czytaniu” ludzi – ich pragnień.

Dzięki tym zajęciom polubiłam poezję na tyle, że do dziś do niej wracam. I podziwiam mistrzów, którym udaje się zamknąć w jednym wersie emocje, gdy ja potrzebuję na to trzech stron.

Była jeszcze historia. Do miłości do tego przedmiotu przyznaję się od zawsze. Godzinami mogłam słuchać i czytać o bitwach, wojnach, a nawet o tym, w co się ubierali czy co jedli nasi przodkowie. Byliśmy chyba jedną z pierwszych klas, które uczył Grzegorz Radomski. Wtedy jeszcze nikt jeszcze nie poprzedzał jego nazwiska tytułami naukowymi. Podręczników do historii nowożytnej brakowało, prowadził nas zatem przez ciekawe meandry lokalnej historii powojennych lat.

Miłością nieodwzajemnioną kochałam fizykę. Nieodwzajemnioną, bo uwielbiałam rozwiązywać zadania, kompletnie nie rozumiejąc teorii. Nie wiem, skąd wiedziałam, jaki wzór zastosować, jak go przekształcić i jak dojść do oczekiwanego wyniku. Po prostu wiedziałam. Za to zapamiętanie, jak brzmi prawo Ohma, było ponad moje możliwości.

Jeszcze wychowanie fizyczne. Ku przestrodze dla tych, którzy się jeszcze uczą. Przez cztery lata miałam zwolnienie z WF-u. I teraz za to pokutuję. Od prawie dwudziestu pięciu lat jestem w zarządzie Ogniska TKKF „Kubuś”, organizacji sportowej. Biegam, chodzę na aerobik i z kijkami, pływam, strzelam, gram w kręgle – robię wszystko to, czego nie chciało mi się robić w szkole. Tak że uważajcie. Kara może być znacznie dłuższa niż przyjemność niećwiczenia na WF-ie. Czas powrócić do tego, co w szkole jest najważniejsze, czyli do rzeczy, które działy się poza lekcjami. Moja klasa ma kilka takich akcji na koncie. Taka najbardziej głośna: wagary. Bywało, że klasy uciekały z jednej lub dwóch lekcji. My poszliśmy na całego. W pewien wtorkowy, zimowy dzień, tuż przed godziną ósmą, ktoś rzucił hasło: „idziemy na wagary”. W planie lekcji mieliśmy wtedy siedem godzin, w tym jedną klasówkę i dwie kartkówki. Wymknęliśmy się po cichu, zgarniając po drodze tych, którzy w ostatniej chwili wpadli do szkoły. No i poszliśmy. Najpierw na Białe Góry, gdzie uprawialiśmy jazdę na butach i torbach. Potem zdobywaliśmy jeszcze na Kokoszkę. A później stwierdziliśmy, że jest zimno, i wraciliśmy do domu.

Większość rodziców zareagowała spokojnie. Niektórzy mieli pretensje, że ich dziecko nie przyszło do domu się cieplej ubrać. Mój staruszek, z właściwą mu przekorą i błyskiem w oku, stwierdził, że powinno się nas wszystkich wydalić karnie ze szkoły i jeszcze pod pręgierzem postawić. Był gotowy iść do wychowawczyni, by ją wspomóc w publicznym biczowaniu mojej klasy. Na szczęście do szkoły poszła mama, bo tata miał wstęp wzbroniony. To znaczy ja mu zabroniłam, po tym jak dzięki jego interwencji, polegającej na marudzeniu, że mam za mało zadane, miałam zapewnione przez trzy lata obowiązkowe rozwiązywanie zadań z matematyki dla chętnych.

O wagarach mówiła cała szkoła. Wszyscy zastanawiali się, jak nas ukażą, bo że ukażą, to było pewne. Najpierw zostali wezwani wszyscy rodzice na indywidualne rozmowy. Później pisaliśmy anonimowe ankiety o tym, dlaczego to zrobiliśmy. Nie pamiętam wszystkiego, co napisałam. Ale ostatnie zdanie brzmiało, że gdybym mogła cofnąć czas, postąpiłabym tak samo. I podpisałam się. Zawsze się podpisywałam.

W końcu zapadł wyrok. Mieliśmy przez tydzień zostawać po lekcjach i sprzątać szkołę. Sprzątaliśmy. A kolejnego dnia przed każdą lekcją gospodarz albo zastępca gospodarza klasy szli i usprawiedliwiali nas, że jesteśmy nieprzygotowani, bo... sprzątaliśmy szkołę.

Co do usprawiedliwień, często po nie sięgaliśmy. Kiedy tylko się dało, przenosiliśmy klasówki, kartkówki czy wielkie powtórzenia materiału. Śmieliśmy się, że maturę też będziemy próbować przełożyć. I byliśmy blisko. W czasie naszego egzaminu dojrzałości nauczyciele w całej Polsce strajkowali. O tym, czy matura się odbędzie, decydowała każda szkoła osobno. U nas postanowiono, że jednak piszemy w pierwszym terminie. I pisaliśmy.

Zanim jednak doszło do matury, była studniówka. Wtedy jeszcze w szkole, w hali sportowej dekorowanej przez uczniów. Klasy podzieliły się zadaniami i przez kilka tygodni malowaliśmy podwodny świat na wielkich, szarych arkuszach papieru. Praca była żmudna i wymagała częstej nieobecności na lekcjach.

Jak było na studniówce, nie opowiem. Nie byłam. Całkiem świadomie uznałam, że mnie to nie interesuje. I może dlatego dziś zaliczam kilka studniówek rocznie, próbując za każdym razem napisać o nich coś nowego do gazety.

O egzaminie maturalnym mogłabym napisać całą książkę. O tym, jak siedziałam w pierwszej ławce naprzeciwko komisji, jak pisałam interpretację wiersza Jana Twardowskiego „Spieszmy się kochać ludzi”, jak myliłam się w obliczeniach z matematyki, jak na ustnych potrafiłam obrazić się na szkołę i jak z radością odbierałam świadectwo, pewna, że więcej mnie już tu nie zobaczą. Tymczasem wszystko wskazuje na to, że liceum ma ze mną umowę na dożywocie.

Anna Matuszewska

LO Sucharskiego „Brązową Szkołą 2026”!

Klip promocyjny

Youtube LO Sierpc

Kalendarz

kwiecień 2026
npwścps
1234
567891011
12131415161718
19202122232425
2627282930

Biuletyn Informacji Publicznej

Warto odwiedzić

Powiat sierpecki

Kryta pływalnia w Sierpcu

Centrum Kultury i Sztuki w Sierpcu

Odwiedza nas

Dziś 113

Wczoraj 1692

Tydzień 6631

Miesiąc 11448

Wizyt wszystkich 326367

Copyright © 2026 Liceum Ogólnokształcące im. mjra Henryka Sucharskiego w Sierpcu Rights Reserved.